Niespotykany przypadek z dziwnym pomysłem

W szpitalu Św. Munga dużo się tego dnia działo.  Aż za dużo, by mówić o tym. Tak więc, zaczynamy od tego, że teraz na magicznych noszach magomedycy przenoszą pewnego mężczyznę, którego stan się pogorszył po wypadku z motorem. Rozgorączkowani lekarze nawet nie zauważyli na swojej drodze pewnej kobiety, która stała do nich tyłem, ale teraz już leżała na brzuchu na podłodze. Jedna z pielęgniarek szybko podleciała, by pomóc wstać kobiecie i usiąść na krześle. Ta jednak stanęła sztywno i spojrzała na oddalających się magomedyków z wściekłością.
- A może tak znaki drogowe wam zafundować?! - krzyknęła rozzłoszczona, a jeden z lekarzy obrócił się w jej stronę i powiedział, próbując brzmieć miło ;
- Przepraszam, ale jak pani widzi, wieziemy tu ciężko chorego mężczyznę na operację.
- I przy okazji potrąciliście kobietę. Świat tego nie widział! - Uniosła ręce w górę, po czym wymaszerowała ze szpitala gromiąc wzrokiem każdego, kto stanął jej na drodze.
No cóż... Hermiona dzisiaj była szczególnie wyprowadzona z równowagi. Narzeczony ją zostawił, bo uznał, że ich związek nie miałby przyszłości. Przyjaciele też ją zostawili, bo wyjechali za granicę, nic jej nie mówiąc. Nawet nie wie, gdzie mogłaby ich szukać. Nic jej nie powiedzieli, kompletnie. Nie wiedziała, co im takiego zrobiła, że z dnia na dzień zerwali z nią kontakt. A w Mungu znalazła się, bo została ściągnięta przez dyrektora, którym był Dean Thomas, po to, by dowiedzieć się, że została zwolniona. Gorzej być nie mogło!
Zdenerwowana szła chodnikiem, stukając tak mocno obcasami, że jeden w końcu się połamał. Zrzuciła obydwa buty i dalej ruszyła na boso do domu. Gdy od drzwi dzieliło ją zaledwie parę kroków, zaczął padać deszcz, tak gęsty, że od razu przemokła do suchej nitki. Z okrzykiem godnego smoka, poszła do mieszkania, a tam od razu rzuciła się na kanapę w salonie i przykryła kocem. Nie dbała o to, że właśnie ją psuje. Nic już ją nie obchodziło. Została sama, więc i tak nie miała komu się wyżalić. Nie miała z kim rozmawiać, nie miała przy sobie nikogo. Że też akurat ją to musiało spotkać! Chodząca ofiara losu.

Na następny dzień obudziło ją pukanie do drzwi. Powoli otworzyła oczy, przeciągnęła się i niechętnie wstała, by otworzyć nieproszonemu gościowi.
- Jeżeli jest to coś ważnego, to... - zaczęła w połowie drogi do drzwi, ale zacięła się, gdy je otworzyła. -  Coś się stało?
- Tak. Potrzebujemy twojej pomocy - wyjaśnił starszy mężczyzna o białych włosach.
- W czym? - zapytała, marszcząc brwi w zaciekawieniu. Nie wiedziała, po co przyjechał tu jeden z magomedyków z Munga.
- Pewien pacjent miał wypadek, ale odratowaliśmy go, chociaż był w koszmarnym stanie. Niedawno jego stan się pogorszył i dostał ataku, jakoś sobie z tym poradziliśmy...
- Więc w czym jestem wam potrzebna, bo nie rozumiem?
- Chodzi o to, że podczas wypadku zgubił on wszystkie dokumenty i można powiedzieć, że stracił pamięć... Nie znamy jego adresu... On też go nie pamięta... - plątał się.
- Co znaczy "można powiedzieć"?
- To znaczy, że zapomniał o pewnych rzeczach, ale z czasem je sobie przypomni. Nam chodzi tylko o to, byś pozwoliła mu tu mieszkać przez parę... miesięcy.
- Miesięcy?! No proszę was! W ogóle, o kogo chodzi? - Oparła się dłońmi o biodra i spojrzała na mężczyznę wyczekująco.
- Dowiesz się, jak ze mną pojedziesz - odpowiedział.
- Zaraz, bo ja nic nie rozumiem. Mam wam pomóc, trzymając w domu jakiegoś obcego faceta - w ogóle o niczym takim jeszcze w życiu nie słyszałam - kiedy wy wywaliliście mnie z pracy, chociaż nie znam powodu, dla którego to się stało, a powinnam wiedzieć? Wy już doszczętnie zwariowaliście?!
- Przecież nie możemy go wyrzucić ze szpitala, żeby się gdzieś tułał...
- To chcecie posłużyć się mną?! - nie dowierzała Hermiona. Co za brak wychowania! - A ktoś z was nie mógłby go zatrzymać u siebie? - dodała już bardziej opanowana.
- Daj spokój - prychnął - I tak mieszkasz tu sama, więc...
- Że co?! I wy chcecie ode nie otrzymać pomoc?! - wybuchła ponownie kasztanowłosa. - Ostatni raz tutaj widzę pana albo kogoś z Munga, rozumiemy się? Inaczej to wy staniecie się pacjentami tego zakichanego szpitala. - Powiedziawszy to, weszła do domu i mocno trzasnęła drzwiami. Później udała się do sypialni, by wybrać nowe ubranie i zażyć relaksującą kąpiel, która miała na celu uspokojenie jej emocji.

- Granger... - Lekkie szturchnięcie za ramię, żadnej reakcji. - Granger... Wstawaj... - Nic, kompletnie nic. - O MÓJ BOŻE! TO RON WEASLEY! - Tutaj już była inna reakcja: Hermiona od razu się zbudziła i gwałtownie usiadła, przez co walnęła głową o coś, czego nie potrafiła zidentyfikować, ale jak usłyszała syk bólu, krzyknęła i zaczęła wymachiwać rękoma. Efekt był taki, że razem z "napastnikiem" (chociaż tak naprawdę nie wiadomo, kto nim był, bo przecież to panna Granger pierwsza zaatakowała) runęli na podłogę, tak, że Hermiona siedziała okrakiem na kimś i nadal go okładała, a że ten ktoś zasłaniał się rękami, nie wiedziała, kogo bije.
- Granger, do cholery! Przestań, to boli - powiedział "złodziej", jak określiła go w myślach była Gryfonka.
- Malfoy?! - krzyknęła zszokowana, a ten wykorzystując jej nieuwagę, zwalił ją z siebie na podłogę, a ona od razu się "ocknęła".
- Tak, we własnej osobie - burknął, wstając.
- Ale... co ty robisz w moim domu? - zapytała, nie rozumiejąc, dlaczego on tu jest.
- Sam nie wiem - Wzruszył ramionami. - Przysłali mnie tu magomedycy przez kominek.
- Zaraz... To ty jesteś tym z wypadku? - Herm otworzyła szeroko oczy.
- Miałem tam jakiś wypadek... Nie pamiętam wszystkiego, ale nie wiem, dlaczego przysłali mnie do ciebie.
- Ale ja wiem. Pozabijam ich! - I ruszyła do drzwi, ale została zatrzymana przez blondyna.
- Wow, spokojnie, opowiedz mi lepiej, o co tu chodzi - powiedział.
- Jak najpierw wysadzę w powietrze ten pieprzony szpital! - warknęła i próbowała mu się wyrwać.
- Nie, najpierw, to powiesz mi dlaczego tutaj jestem - zarządził.
- A kim ty jesteś, by mówić mi, co mam robić?!
- Lepiej siądź i się uspokój - powiedział wyraźnie poirytowany.
- Przestań mi mówić... - jej słowa zostały przerwane gorącym pocałunkiem, jakim obdarzył ją blondyn.
- Już lepiej? Emocje opadły? - zapytał, gdy się od niej oderwał.
- Dlaczego to zrobiłeś? - odpowiedziała mu pytaniem na pytanie.
- Inaczej uciszyć ciebie się nie da - Wzruszył ramionami.
- Muszę powiedzieć, że nieźle całujesz - wyznała po chwili, głęboko oddychając i niepewnie na niego spoglądając.
- Wiem.
- Ale skromności nigdy ci za to nie brak - mruknęła sarkastycznie.
- Wiem - powtórzył z szerokim uśmiechem.
- Chodź do salonu - Kasztanowłosa zmieniła szybko temat i pierwsza ruszyła do gustownie urządzonego, wcześniej wymienionego pokoju. Oboje zachowywali się tak, jakby tego pocałunku wcale nie było.
- Więc... - zaczęła, gdy usiadła na kanapie.
- Więc...?
Kobieta zmroziła go spojrzeniem i kontynuowała ;
- Mnie wywalili z pracy, chociaż nie znam powodu, dla którego to zrobili - mówiła z żalem w głosie. - Ciebie tutaj przysłali, ponieważ straciłeś pamięć podczas wypadku i chcieli, byś przenocował u mnie parę... miesięcy, bo nie wiedzą, gdzie mieszkasz, ani ty nie wiesz. Oczywiście się nie zgodziłam, a gdy się teraz dowiedziałam,  że to w ogóle miałeś być ty, to kompletnie mam ochotę ich zabić.
- Zaraz... Czyli pamiętam wszystko, tylko nie adres domu? Przecież to pojebane jest! - prychnął.
Hermiona znowu zmroziła go spojrzeniem. Nie tolerowała wulgaryzmów.
- Odzyskasz całkowitą pamięć, ale nie wiem kiedy. Nic nie mówili. To wszystko nie ma sensu - też prychnęła. Przecież to się w głowie nie mieści! Gdyby tak pomyśleć logicznie... Nie tu się nie da myśleć logicznie.
- Ale jeżeli tylko ja nie pamiętam swojego adresu, to przecież ktoś z moich przyjaciół musi wiedzieć...
- Malfoy... - Miona zacięła się, bo nie wiedziała, jak ubrać w słowa to, co chciała powiedzieć. -  Twoi znajomi wyjechali niedawno do Niemczech. - Spuściła głowę.
- Kiedy? - zdziwił się mężczyzna.
- Kiedy byłeś w śpiączce - wyjaśniła.
- Świetnie, po prostu zajebiście! - zaklął. - Rodzice nie żyją, przyjaciele mnie zostawili, nie mam pieniędzy, nie mam domu... Czyli jestem teraz bezdomnym, tak? - zaśmiał się gorzko.
-  No przecież, że cię nie zostawię samego. Pomieszkasz tu, aż się jakoś urządzisz - Panna Granger usiadła obok niego i położyła rękę na ramieniu, a na niej swoją głowę.
Draco popatrzył w jej oczy, w których tańczył wesoło ogień buchający z kominka i odbijający się w nich. Ona też patrzyła w jego stalowe tęczówki, takie hipnotyzujące i piękne. Mogłaby się w nich rozpłynąć...
Nagle Malfoy odwrócił się i wstał, mówiąc, że idzie się wykąpać. Hermiona była trochę zawiedziona, bo pierwszy ich pocałunek bardzo się jej spodobał. No ale trudno. Nic na to nie poradzi. Również wstała i ruszyła do swojej sypialni, a tam ponownie oddała się w ramiona Morfeusza.

                                                            ***

Minął miesiąc, odkąd Draco zamieszkał u niej i miesiąc od jego przeprowadzki. Krótko mu poszło znalezienie nowej pracy i domu. Nawet jeżeli odzyskał tą "utraconą wiadomość" i wiedział, gdzie ma swój dom, to nie pojechał do niego. Szybko wyszedł na prostą, czego życzyła mu Miona. Nie chciała, by siedział tu cały czas z nią i się nudził, gdy ona ciągle czytałaby książki, co go często irytowało. Tak, to było, jest i będzie jej ulubione zajęcie i nikt, ani nic tego nie zmieni. No ale teraz już go nie było... Czuła się samotna z tego powodu, bo przyzwyczaiła się do jego towarzystwa w jej domu.

                                                            ***

Siedziała w salonie na parapecie z gorącą kawą w ręku i oglądała z góry ludzi spieszących do pracy. Ona dzisiaj miała na dziewiątą, więc miała jeszcze dużo czasu.
Nawet nie zauważyła, kiedy minęła godzina. Szybko poszła na górę i przebrała się w swój tradycyjny biurowy strój, czyli w szarą spódnicę, białą koszulę i szary żakiet. Przejrzała się jeszcze tylko w lustrze, po czym wzięła torebkę i wyszła z domu do pracy. Po około piętnastu minutach była na miejscu. Stanęła na chwilę, by móc spojrzeć na ten zapierający dech w piersiach widok. Wysoki, szklany budynek rozpościerał się tak szeroko i tak wysoko, że można by rzec, że dotyka on nieba. Od długiego stania i gapienia się w górę można dostać zawrotów głowy, więc Herm jak najszybciej weszła do biura, a potem do windy. Wcisnęła odpowiedni przycisk i po chwili czuła to dziwne uczucie w brzuchu, zawsze towarzyszące jej, gdy jechała windą. Gdy wyszła, od razu skierowała się w prawą stronę, gdyż tam znajdował się jej gabinet.  Otworzyła drzwi i dosłownie zamarła, widząc pewnego blondyna siedzącego za biurkiem. Za biurkiem, którego nigdy tutaj szczerze nie widziała.
- Malfoy, co ty tutaj robisz? - zapytała na pozór uprzejmie.
- Siedzę, oddycham, ogólnie żyję, nie widać? - Uśmiechnął się ironicznie.
- Będziesz tu pracował? - zignorowała jego wcześniejszą wypowiedź i usiadła za swoim biurkiem.
- Tak.
- Katastrofa... - westchnęła cicho.

Podczas następnego miesiąca wszystko było dobrze. Nie dogryzali sobie i byli dla siebie mili. Ale zmieniło się to, gdy pewnego dnia Hermiona przyszła do pracy i została przywitana chłodnym spojrzeniem, a nie, jak zazwyczaj - uprzejmym uśmiechem. Blondyn nawet się nie odezwał, tylko patrzył się w papiery przed sobą i co chwila coś notował.
- Powiesz mi w końcu, o co chodzi?! - wybuchła panna Granger, nie mogąc już wytrzymać panującej w gabinecie ciszy i rzucanych co chwila w nią oskarżycielskich spojrzeń.
- Leć do swojego kochasia, może wtedy się dowiesz - burknął.
- Chodzi ci o Adama? Boże, Malfoy! Bo pomyślę, że jesteś zazdrosny! - zaśmiała się lekko, ale widząc jego minę, zaraz spoważniała. - O Godryku... Ty na serio jesteś zazdrosny... - Nie wierzyła w to, co widzi. - Ale mogę cię pocieszyć, to nie jest nic na stałe.
- Nie obchodzi mnie, co z nim robisz, tylko żebym go nigdzie nie spotkał - warknął.
- Oj, już nie bądź taki zły - Podeszła do niego powoli, szczęśliwa, że jej plan zadziałał. Tydzień temu postanowiła, że poderwie jakiegoś faceta, by móc wkurzyć tym blondyna. Chciała, by był zazdrosny, co chyba się jej udało.
Gdy znalazła się obok niego, usiadła przed nim na biurku i przyciągnęła do siebie za krawat, po czym po prostu pocałowała. Draco, mimo że był zdziwiony, oddał pocałunek, przybliżając się do niej. Rekami gładził jej uda i plecy, a ona odpinała jego koszulę. Gdy wreszcie się z tym uporała, oderwała się od niego i powiedziała ; - Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Nie wiadomo, jak to się stało. Chyba wtedy, gdy ich usta spotkały się po raz pierwszy. Wtedy poczuli coś do siebie, ale nie była to zapewne jeszcze miłość. Ich uczucia rozwinęły się w czasie tych dwóch miesięcy. Nie chcieli się na początku do tego przyznawać, ale teraz i tak było już za późno. Stało się i już.

Tamtego dnia nie przyłapał ich nawet dyrektor biura, w którym pracowali, ale Malfoy i tak przeniósł ich do jego nowego mieszkania, gdzie spędzili chwilę namiętności. Później urodziła się cudowna dziewczynka o imieniu Rose, a potem chłopczyk z imieniem Scorpius. Cała czwórka dawała przykład na dobrą rodzinę, ale gdy dzieci były w szkole nie było tak pięknie. Rodzice codziennie się kłócili i Draco musiał spać na kanapie, a dzieci co rusz rozrabiały, przez co Hermiona z mężem zostają cały czas wzywani do Hogwartu. Teraz znowu czeka ich podróż do zamku, gdyż w kuchni zmaterializował się list z kolejnym powiadomieniem o wybrykach młodych czarodziejów.
- Jeszcze trochę, a popadnę w depresję... - Miona złapała się za głowę.
- Spokojnie, ja też - odezwał się Draco, wchodząc do kuchni.
- No wiesz co... - zaśmiała się kobieta i pocałowała męża.


             ----------------------------------------------------------------------------------

Tam ta ra dam! Witam! I jak, podobało się, czy może było za szybko...? I mówię od razu, że to, co zdarzyło się z tym mężczyzną z Munga w ogóle nie miało sensu, więc nie doszukujcie się w tym niczego głębszego. Nasi bohaterowie też tego nie rozumieli. ^^ 
Zapraszam do wyrażenia swojej opinii w komentarzach! ;D
Buźka! ;*

~Mrs. Malfoy

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Blog o Nocnych Łowcach!

Moda? Zaproszenie na blog Tessy, czy...?

Gdzie możesz Mnie znaleźć?